Powieść

W tej sekcji przedstawiamy nasze angielskie tłumaczenie powieści „Jezus z Nazaretu”. Jest to pierwsze tego rodzaju tłumaczenie tej wyjątkowej powieści.

Roman Brandstaetter o swojej relacji z Chrystusem

Proszę Państwa, w mojej opowieści o Jezusie z Nazarethu chciałem zawrzeć moją wiarę w historycznego Chrystusa. Ja bym w samego Chrystusa wiary, gdyby On nie był dla mnie równocześnie Chrystusem historycznym, nigdy nieuwierzył. Dla mnie istnieje historyczny Chrystus, Postać Boga-Człowieka, Postać ściśle określona ramami historycznymi i dlatego w Niego wierzę. I w żadnego Chrystusa wiary, gdyby nie miał On ze sobą tej całej konstrukcji historycznej, nigdy bym nie uwierzył. Każdy z nas ma wizję swojego Chrystusa, swojego Boga. Jesteśmy do tej wizji Chrystusa przyzwyczajeni i przywiązani. Nie mam zamiaru dyskutować z tymi wizjami. Nie zwykłem nigdy dyskutować z niczyją koncepcją wiary. Ale mam inną wizję. Ta wizja jest ściśle zrośnięta z moją psychiką, ze sposobem myślenia, odczuwania.

Przypominam sobie niezwykle ciekawe sformułowanie papieża Piusa XI, wypowiedziane przez niego, zdaje mi się, dwa lata przed śmiercią, w jednej z jego enuncjacji w związku z aktualnymi wówczas zagadnieniami rasizmu: My wszyscy jesteśmy z ducha semitami. Ja, proszę Państwa, nigdy do czasu pisania opowieści o Chrystusie nie byłem tak bardzo przekonany o słuszności tej tezy, jak właśnie podczas pracy, kiedy począłem wgłębiać się w teksty ewangeliczne, starotestamentowe, w literaturę starohebrajską, pozabiblijną. Coraz bardziej, dochodziłem wtedy do głębokiego,a dziś już niezachwianego przekonania, że na przestrzeni naszej historii nastąpiło zlatynizowanie Boga — Chrystusa.

Człowiek chrześcijański odszedł do historycznego Chrystusa i począł Go nasycać wartościami grecko rzymskimi. Złożyło się na to wiele powodów, a jednym z nich była niewątpliwie niechęć do Żydów — rzekomych Bogobójców, niechęć, która w konsekwencji kazała już wczesnym chrześcijanom skłaniać się raczej do Chrystusa wiary, podczas gdy Chrystus historyczny, coraz bardziej stylizowany, schodził na plan drugi, a może nawet i… dalszy. Niezwykle mądrą i wnikliwą, i słuszną myśl Piusa XI w innej formie powtórzył Thomas Merton, który w swojej wspaniałej rozprawie o Psalmach napisał, że chcąc je w pełni zrozumieć, musimy stać się w pewnej mierze ludźmi Wschodu. Kto uważa, że powinien o tej maksymie pamiętać, niechaj o niej pamięta. Kto uważa, że nie jest mu ona dla pogłębienia wiary potrzebna, niechaj pozostanie ze swoim obrazem Boga, z obrazem, z którym nigdy nie miałem zamiaru polemizować. Zresztą moja książka nie temu służy celowi.

Kończąc ten mój monolog, pragnę zwrócić Państwa uwagę na jeszcze jeden szczegół, bardzo osobisty. Dla mnie Chrystus Ewangelii jest Bogiem groźnym i wymagającym. Nie jest słodkim Jezusikiem z Jasełek, w miarę naiwnym, w miarę infantylnym, w miarę groteskowym.

Jest sprawiedliwym, przebaczającym, ale nie mniej surowym Bogiem, a dostać się w Jego karzące ręce nie jest jasełkową przygodą. Chrystus na kartach Ewangelii i Apokalipsy jest często Chrystusem Jahwicznym. Przypomnijmy sobie Jego klątwy ciskane na Korozain, Bethsaidę i Kafarnaum, Jego siedmiokrotne biada, Jego gniew i zapalczywość, kiedy rzucił swojemu apostołowi: Jesteś szatanem. Przypomnijmy sobie Chrystusa z Apokalipsy, tego Chrystusa-Słowo z mieczem obosiecznym w ustach, przychodzącego brać pomstę na narodach. Jest na pewno Bogiem cichego serca, ale zarazem Bogiem wielkiej zapalczywości, jest Bogiem miłosierdzia i twardych żądań, Bogiem przebaczającym i Bogiem Łaski, ale zarazem Bogiem nacierającym, wymagającym i „zazdrosnym” o człowieka jak Jego… starotestamentowy Ojciec. Chce urobić człowieka na swoje podobieństwo. Chce go uczynić świętym. Nie w przenośnym, ale w pełnym tego słowa znaczeniu.

Nie stylizujmy tekstu ewangelicznego dla celów naszego oportunistycznego wygodnictwa. Chrystus żądał od nas, abyśmy wszystko i wszystkich zostawili, i ojca, i matkę, i braci, i siostry, i całą naszą majętność — i poszli za Nim. Domagał się od nas, żebyśmy byli biedni, bo wiedział, że pieniądz, złoto, posiadanie dóbr materialnych demoralizuje człowieka. Nieprawdą jest, że chodzi tutaj o „ubogich duchem”. Chodzi o ludzi, którzy swoich dóbr materialnych wyrzekli się z wewnętrznej potrzeby duchowej, z nakazu wewnętrznego. Chrystus dosłownie, a nie metaforycznie żądał od nas wyzbycia się wszystkiego, aby człowiek wolny od ciężaru doczesnego posiadania mógł za Nim iść. Nieróbmy z Chrystusa wspólnika naszych nędznych pożądań. W każdym razie ja tak Chrystusa odczuwam. I gdybym Go tak nie odczuwał, nie byłby dla mnie Bogiem dwóch Testamentów, ale bogiem mitologii.