Powieść

W tej sekcji przedstawiamy nasze angielskie tłumaczenie powieści „Jezus z Nazaretu”. Jest to pierwsze tego rodzaju tłumaczenie tej wyjątkowej powieści.

Za czasów Heroda, króla Judei

Herod obudził się o świcie i wezwał do siebie balwierza Tryfona, który usługiwał mu od wielu lat i znając kapryśny sposób życia swojego pana, zawsze był gotów, niezależnie od pory dnia i nocy, na każde jego wezwanie, a nawet umiał naturę swoją tak dostosować do wymogów wiernej i nieustannej czujności, że zbudzony ze snu — a nie był to właściwie sen, lecz senne czuwanie — mógł natychmiast przytomnie i rześko spełnić każde królewskie polecenie. Więc upłynęło zaledwie kilka chwil, gdy balwierz się zjawił i począł oliwą nacierać policzki króla, który pogrążony w myślach, zamknął po źle przespanej nocy znużone powieki i odchyliwszy głowę ku tyłowi, ufnie poddawał obnażoną szyję dłoniom i brzytwie wiernego sługi.

Herod zwykł podczas golenia rozważać osobiste sprawy, gdyż monotonne ruchy pędzla i zapach oliwy zaprawionej nardem pobudzały jego wyobraźnię, czułą na wszelkie bodźce zewnętrzne. Tym razem z niezwykłą uwagą rozmyślał o śnie, który go znowu, po wielu latach, nawiedził tej nocy.

Stał nad morzem i widział przepaść wypełnioną wezbranymi falami martwych głów, bijącymi w gwałtownym przypływie o płaski brzeg. Gdy pochylił się nad nimi, rozpoznał w tej ławicy czaszek obciągniętych żółtą, pergaminową skórą głowy
arcykapłana Arystobula, żony Mariamne, świekry Aleksandry, pomordowanych dworzan, zauszników i sług.

Morze ciągnące się aż po daleki horyzont kołysało się, szumiało, przelewało się wysokimi falami, niespokojne i gniewne. Zanurzył dłonie w tym żywiole i wyłonił jedną głowę, potem drugą, trzecią, czwartą, ułożył je na piasku i począł im się uważnie przyglądać, a im dłużej wpatrywał się w ich puste oczodoły, tym większe ogarniało go przerażenie, gdyż wprawdzie każda z nich miała swoje własne rysy, ale równocześnie miała rysy jego twarzy, więc nie wiedział, czy patrzy w cudzą twarz, czy we własną. Krzycząc, wrzucał czaszki z powrotem do morza. A one, odpływając, śpiewały uroczystą pieśń, której słów mimo wytężonego słuchu i nasilonej
uwagi nie mógł zrozumieć, i wiedział tylko, że w owych słodkich i nęcących słowach kryje się całe przeznaczenie jego życia, i dlatego wabiony ich niezrozumiałą i syrenią wymową szedł za nimi w morze, coraz głębsze i burzliwe.

Obudził się z krzykiem.

Ten sen trapił króla od bardzo wielu lat, w nierównych odstępach czasu. Z początku chciał owo senne widzenie zataić przed swoim wykładaczem snów, ale po namyśle przeważyła
rozsądna chęć dowiedzenia się, o czym śpiewały niesamowite czaszki. Przypuszczał bowiem, że w ich niewyraźnym śpiewie kryła się jakaś groźba, czego zresztą nietrudno można było się domyślić, gdyż sens tego snu, poza samą pieśnią, był zawstydzająco jasny. Wykładacz, zapoznawszy się z jego treścią, wyjawił królowi, że czaszki śpiewały wróżebną pieśń o
niebezpieczeństwie grożącym mu ze strony synów, którzy kiedyś w przyszłości, gdy staną się młodzieńcami, godzić będą na jego życie.

Niestety wykładacz nie mógł ustalić, których spośród licznych synów króla miały na myśli śpiewające czaszki. Herod z rozbrajającą szczerością opowiedział chłopcom swój sen, ale pewne jego szczegóły zataił, jedne dodał, inne ujął, i dzięki tym przezornym zabiegom zmieniwszy nieco jego znaczenie, starał się wzbudzić w ich świadomości lęk przed losem tych, którzy kiedyś w przyszłości poniosą zasłużoną karę za wiarołomne knowania i spiski. I tak strasząc chłopców od dzieciństwa swoją senną zmorą, wierzył, że uda mu się wpoić w ich serca uległość, ślepe posłuszeństwo i podziw dla wszystkich jego czynów, przedsięwzięć i działań.

Chłopcy, słuchając ojcowskiego opowiadania, wprawdzie drżeli ze strachu, ale okazało się, że te pedagogiczne środki nie zapobiegły tragedii. Herod snując urojone — a może prawdziwe — podejrzenia, zgładził dwóch spośród swoich synów, urodzonych z nieszczęśliwej i rzewnie opłakiwanej Mariamne. Od tej pory sen o śpiewających czaszkach przez wiele lat nie powracał. Aż nagle tej nocy znowu go nawiedził w całej swej grozie i dręczącej wspaniałości. Król zrozumiał jego mądrą wymowę. Czaszki niewątpliwie tym razem śpiewały pieśń o pierworodnym Antypatrze, zrodzonym z Doris, Idumejki, ambitnym i nieprzebierającym w środkach młodzieńcu, na którym od dłuższego czasu niecierpliwie spoczywał jego podejrzliwy wzrok.

Tymczasem brzytwa sprawnego Tryfona spłynęła na podgardle króla. Stary balwierz, wygalając królewski podbródek, czuł się jak drwal, który przykłada topór do korzeni dębu. Wiedział, że w jego rękach spoczywa teraz los królestwa i wystarczy jeden sprawny ruch brzytwą, a głowa królewska odcięta od tułowia skakać będzie po ziemi w konwulsyjnych drgawkach. Przerażony tą wizją — sam fakt, że się ośmielił wywołać ją w sobie w tak poufałej bliskości władcy, napełnił go
drżeniem i strachem — szybko odjął brzytwę od gardła Heroda, który wycierając ręcznikiem gładkie policzki, rzekł z uznaniem:
— Dziś mnie nie zaciąłeś, kochany Tryfonie.