Powieść
W tej sekcji przedstawiamy nasze angielskie tłumaczenie „Jezusa z Nazaretu”. Jest to pierwsze takie tłumaczenie tej wyjątkowej powieści.
Za czasów Heroda, króla Judei
Herod obudził się o świcie i wezwał do siebie balwierza Tryfona, który usługiwał mu od wielu lat i znając kapryśny sposób życia swojego pana, zawsze był gotów, niezależnie od pory dnia i nocy, na każde jego wezwanie, a nawet umiał naturę swoją tak dostosować do wymogów wiernej i nieustannej czujności, że zbudzony ze snu — a nie był to właściwie sen, lecz senne czuwanie — mógł natychmiast przytomnie i rześko spełnić każde królewskie polecenie. Więc upłynęło zaledwie kilka chwil, gdy balwierz się zjawił i począł oliwą nacierać policzki króla, który pogrążony w myślach, zamknął po źle przespanej nocy znużone powieki i odchyliwszy głowę ku tyłowi, ufnie poddawał obnażoną szyję dłoniom i brzytwie wiernego sługi.
Herod zwykł podczas golenia rozważać osobiste sprawy, gdyż monotonne ruchy pędzla i zapach oliwy zaprawionej nardem pobudzały jego wyobraźnię, czułą na wszelkie bodźce zewnętrzne. Tym razem z niezwykłą uwagą rozmyślał o śnie, który go znowu, po wielu latach, nawiedził tej nocy. […]
Zdarzenie przed Ołtarzem Kadzielnym
O tej samej porze, gdy Herod wycierał ręcznikiem twarz, Zecharia, kapłan ze zmiany Abijama, po kilkugodzinnej podróży, którą odbył na swej wiernej oślicy Midbar, przybył do Jerozolimy. Z domu swojego w Ejn Karem wyjechał o północy, gdyż chciał jeszcze o świcie zdążyć na otwarcie bram Świątyni Pańskiej — zawsze podniośle przeżywał nawoływania lewitów, zapowiadających z wież świątynnych wschód słońca — gdzie następnego dnia miał rozpocząć służbę Bożą ku chwale Niewidzialnego. Czuł się rześko i krzepko. Przed miastem zsiadł z oślicy i na dowód swojej głębokiej czci dla Jerozolimy drogę prowadzącą z doliny ku wysoko położonemu miastu odbył piechotą, mimo podeszłego wieku, bez zbytniego zmęczenia. Przez Bramę Ogrodową wjechał do śródmieścia, na Xystos pozostawił Midbar pod opieką dozorcy i udał się na Dziedziniec Pogan, szeroki plac, będący miejscem handlu, spotkań i przechadzek jerozolimskich mieszkańców i przybyszów z całego kraju. […]
Radość starca
Była księżycowa noc, gdy niemy wracał z Jerozolimy do Ejn Karem. Zstępując w wąwóz między sady oliwne i terebintowe lasy, rosnące na jego zboczach, obejrzał się za siebie — miał zwyczaj, ilekroć opuszczał Jerozolimę, przystawać w tym miejscu i ogarniać panoramę miasta skupionym i błogosławiącym spojrzeniem — i ujrzał w górze, w świetle miesiąca, spiętrzone domy Syjonu i Akry, a nad nimi złotopłowy masyw Świątyni, którą dotychczas zawsze żegnał z żalem, tym razem jednak z zawstydzającą ulgą i z większym niż zazwyczaj pośpiechem. Ale im bliżej był domu, tym większe było jego podniecenie i dlatego ku wielkiemu niezadowoleniu mądrej Midbar, śpieszącej się do smacznego obroku i zasłużonego spoczynku, raz po raz ściągał jej uzdę i przymuszał ją do stawiania powolnych kroków, co wprawdzie pod pewnym względem odpowiadało refleksyjnemu charakterowi oślicy, ale teraz sprzeczne było z wymaganiami jej pustego żołądka. […]
Poranek Josefa cieśli
Cieśla Josef ben Jaakow, obudziwszy się wczesnym rankiem, z trudem wstał z trzcinowej maty, przeciągnął się i potykając się o narzędzia ciesielskie rozrzucone po ziemi wyszedł przed dom — odziedziczył go po zmarłych rodzicach, starsza od niego o kilka lat siostra mieszkała z mężem na drugim końcu miasteczka — gdyż pragnął nie tylko pozbyć się resztek sennego bezwładu, którym wypełnione było jego ciało, lecz także nasycić oczy widokiem wiosennego krajobrazu, stanowiącego żywe przeciwieństwo smutnego i szarego wnętrza jego lepianki, stojącej na samotnym wzgórzu. Roztaczał się stąd widok na góry Naftali, Tabor i Gilboa, dolinę Jezreel, wylotem swoim opadającą ku morzu, na Seforis, rojne pogańskie miasto, niechętnie odwiedzane przez Galilejczyków, na gaje oliwne i figowe, otaczające pierścieniem maleńkie Nazareth, położone w dole amfiteatralnie na kilku wzgórzach i stanowiące wraz z krajobrazem jedną barwną pastelową całość. […]
Zwiastowanie
Świat Nazarethu, w którym żyła mała Miriam — lepianki, pieczary, miejska studnia i synagoga na wzgórzu — był bardzo mały, nawet jeżeli go rozszerzymy o kilkanaście lepianek i pieczar, położonych w nieco dalszej okolicy. Wyobraźnia jego mieszkańców, chociaż żywa i zapalna, nie wybiegała daleko poza izby, pagórki i ogrody, poza ubóstwo, a nawet i nędzę, gdyż niekiedy tylko garść bobu i jęczmiennej kaszy była owocem ich pracy i przedmiotem głębokich pragnień. Cały rok żyli marzeniami o pielgrzymce do Jerozolimy na uroczystości Wielkich Świąt i w tym celu skrzętnie oszczędzali pieniądze, siedzieli wieczorami w dni powszednie w ciemnych, nieoświetlonych izbach, spożywali suszoną szarańczę, odmawiali sobie wina, byleby tylko zaoszczędzić trochę grosza na Pesach, Rosz Haszana i Jom Kippur w dalekim Świętym Mieście. Nie wyobrażali sobie tych świąt bez swej obecności w Świątyni Pańskiej, u stóp Szechiny, która w podniosłe dni równała przed swoim niewidzialnym obliczem wszystkich synów Izraela, niezależnie od tego, czy byli bogaczami, czy nędzarzami, mędrcami czy am haarecami. Te pielgrzymki były ich świętym pragnieniem. Przedsiębrali je dla Elohim i dla poczucia swojej równości. […]