Powieść
W tej sekcji przedstawiamy nasze angielskie tłumaczenie powieści „Jezus z Nazaretu”. Jest to pierwsze tego rodzaju tłumaczenie tej wyjątkowej powieści.
Zdarzenie przed Ołtarzem Kadzielnym
O tej samej porze, gdy Herod wycierał ręcznikiem twarz, Zecharia, kapłan ze zmiany Abijama, po kilkugodzinnej podróży, którą odbył na swej wiernej oślicy Midbar, przybył do Jerozolimy. Z domu swojego w Ejn Karem wyjechał o północy, gdyż chciał jeszcze o świcie zdążyć na otwarcie bram Świątyni Pańskiej — zawsze podniośle przeżywał nawoływania lewitów, zapowiadających z wież świątynnych wschód słońca — gdzie następnego dnia miał rozpocząć służbę Bożą ku chwale Niewidzialnego. Czuł się rześko i krzepko. Przed miastem zsiadł z oślicy i na dowód swojej głębokiej czci dla Jerozolimy drogę prowadzącą z doliny ku wysoko położonemu miastu odbył piechotą, mimo podeszłego wieku, bez zbytniego zmęczenia. Przez Bramę Ogrodową wjechał do śródmieścia, na Xystos pozostawił Midbar pod opieką dozorcy i udał się na Dziedziniec Pogan, szeroki plac, będący miejscem handlu, spotkań i przechadzek jerozolimskich mieszkańców i przybyszów z całego kraju.
Tutaj o wczesnej porze gromadzili się wierni, którzy czekali na rozpoczęcie modlitw i składanie ofiar. Tutaj, na samym dziedzińcu i pod sąsiednimi portykami, wśród zgiełku, wrzawy, rozmów, targów i nawoływań uwijali się handlarze kozłów, owiec, gołębi i synogarlic, sprzedawcy kadzideł, mirry i aloesu — nawoływali się wzajemnie bez potrzeby, jedynie dla pomnożenia powszechnej wrzawy, gdyż czuli się w niej jak ryby w szumiącym żywiole oraz pieniężnicy, którzy nie tylko wymieniali greckie, rzymskie i egipskie pieniądze na świątynne sykle — tylko w syklach można było składać datki do skarbon — ale również zawierali zyskowne dla siebie umowy z ofiarnikami, udzielali im pożyczek, często na wysokie odsetki, chociaż Tora wielokrotnie potępiała lichwę — ribith — a lichwiarzom pobierającym wysoki procent groziła surowymi karami.
Środkiem dziedzińca szedł chłopiec i prowadził na postronku jednoroczne jagnię, które szarpiąc się i becząc, ciągnęło go w przeciwnym kierunku, ku bramie, mimo żywych, lecz czułych i łagodnych perswazji zakłopotanego wyrostka. Zecharia poklepał jagnię po karku, a potem z równą tkliwością pogładził czarną, kędzierzawą czuprynę chłopca i smutnie się zadumał, albowiem lubił dzieci, ale Elohim nie obdarzył go potomstwem. Natychmiast jednak z powodu żony swojej Eliszeby, którą bardzo kochał, chociaż była bezpłodna, pożałował swojego smutku i zamyślenia. Głęboko westchnąwszy — było to westchnienie niezwykle wzruszające i niewinne, gdyż nie było w nim skargi ani goryczy, ani tym bardziej wyrzutu, lecz pokorne pogodzenie się ze Sprawiedliwością — wszedł do domu kapłańskiego i udał się do oczyszczającej kąpieli, w której życiodajna woda obmyła jego ciało z brudu ziemi, a jego duszę z wszelkich westchnień, nawet owych najbardziej wzruszających i niewinnych. Cały dzień i noc spędził na modłach. Następnego dnia o wczesnym świcie, gdy otwarły się bramy Świątyni, a lewici uderzając w cytry i harfy śpiewali psalmy, a lud leżąc pokotem na ziemi głośnym jękiem przywoływał Boga i wraz z chórem kapłanów zmawiał Szema Israel, Zecharia, odziany w białą tunikę o długich rękawach i przepasany haftowanym pasem, ciągnął losy w Komnacie Białych i Czarnych Kostek. Tym razem los wyznaczył go do spełnienia obowiązków kapłańskich przed Ołtarzem Kadzielnym.
Długim orszakiem wracali kapłani przez Dziedziniec Kapłanów obok Ołtarza Całopalenia do Świątyni, każdy na
wyznaczone losem stanowisko, a wchodząc w progi cedrowe, prowadzące do Świętego Przybytku, nad którego bramą zwisała rzeźbiona w złocie kiść winogronowa, symbol mądrości Elohim i dzieła Stworzenia, pochylili nisko głowy, a oblicza ich były ożywione podziwem i czcią dla ważności i powagi tego miejsca.
Zecharia czuł w sercu dojmujący niepokój. Zdawało mu się, że jego modlitwy zmówione o świcie były chłodne i puste i dlatego na pewno nie znalazły łaski przed obliczem Pana. Często, mimo swej głębokiej i żarliwej wiary, przeżywał takie nastroje. Nie mogąc czy nie umiejąc ich przewalczyć, gdy czuł, że jego umiejętność modlitwy staje się coraz uboższa, przestawał oblekać w słowa kipiące w nim uczucia i tylko milczącym wnętrzem starał się okazać Przedwiecznemu miłość i przywiązanie, ale nigdy nie był pewny, czy mu się to udaje, zwłaszcza że owa swoista kontemplacja była raczej owocem gorzkiej bezsilności ducha niż świadomym dążeniem do jedności z Panem Zastępów. Teraz znowu naszła go taka trudna chwila. Stanął przed Ołtarzem Całopalenia, ujął w szczypce rozżarzone węgle i wrzucił je do kadzielnicy, po czym wraz z młodym lewitą, który sypał na żar garść bursztynu, sproszkowanej mirry i aloesu, udał się przed Ołtarz Kadzenia, zbudowany z akacjowego drzewa, obitego złotymi blachami. Jego cztery kąty ozdobione były złotymi rogami, symbolami Pańskiej wszechmocy. Zecharia przystawał przed każdym z rogów Ołtarza i wahadłowym ruchem kołysał kadzidłem, które buchało srebrnym dymem i wypełniało nim świątynne wnętrze, a starcowi zdawało się, że kadzidlane kłęby układają się w kształt ludzkiej postaci. Z początku sądził, że jest to złudzenie, ale gdy zjawisko stawało się coraz bardziej wyraziste — zarysowywał się kształt głowy, tułowia, rąk i nóg, wprawdzie nieco zamazany i poruszony, jakby był odbiciem człowieka w falującej wodzie, ale mimo to o tyle wyraźny, że można było go określić mianem ludzkiej postaci — kapłan zrozumiał, że staje się świadkiem niezrozumiałego dlań misterium, i dlatego zadrżał wielkim drżeniem. A gdy wreszcie usłyszał głos, tak był nim zaskoczony, że nie był pewny, czy mówił on z obłoku ustami kadzidlanej postaci, czy też doszedł go z dalekiej przestrzeni, a owa postać z falującego przed nim dymu była tylko stróżem tego głosu, a może nie stróżem głosu, bo po cóż EI Szaddajowi — od pierwszej chwili był pewny, że to był głos EI Szaddaja — potrzebny był stróż głosu, więc może była raczej stróżem jego, biednego starca Zecharii, pilnującym, aby wszystko jednoznacznie i wyraźnie zrozumiał. Ale tak był przerażony tym wszystkim, co dyszał i co się na jego oczach działo, że z trudem pojął sens wypowiedzianych słów.
— Nie lękaj się, Zechario — mówił Głos. — Modlitwa twoja została wysłuchana. Zona twoja, Eliszeba, porodzi syna, a ty dasz mu imię Johanan, co znaczy: Jahwe się zmiłował. On będzie twoją radością i weselem, a wielu z powodu jego narodzin radować się będzie. Albowiem wielki będzie przed Elohim, wina i innych napojów upajających pić nie będzie i już w łonie swej matki napełniony będzie Duchem Świętym. Wielu spośród synów Izraela nawróci do Elohim, do ich Boga. On to poprzedzać Go będzie w duchu i mocy proroka Elijahu i sprawi, że serca ojców skłonią się ku synom, a zbuntowani powrócą do prawego usposobienia, i w ten sposób przygotuje Panu lud uległy — tak mówił Głos, a Zecharia przypomniał sobie, że dzisiaj nie modlił się o płodność Eliszeby, ale natychmiast zmiarkował, że przed obliczem Elohim nie wszystko jest modlitwą, co jest modlitwą, a modlitwą nie musi być modlitwa, a może nią być błagalny wzrok wzniesiony do nieba albo płacz, albo po prostu głębokie westchnienie.
On to poprzedzać Go będzie w duchu i mocy proroka Elijahu i sprawi, że serca ojców skłonią się ku synom, a zbuntowani powrócą do prawego usposobienia, i w ten sposób przygotuje Panu lud uległy — tak mówił Głos, a Zecharia przypomniał sobie, że dzisiaj nie modlił się o płodność Eliszeby, ale natychmiast zmiarkował, że przed
obliczem Elohim nie wszystko jest modlitwą, co jest modlitwą, a modlitwą nie musi być modlitwa, a może nią być błagalny wzrok wzniesiony do nieba albo płacz, albo po prostu głębokie westchnienie. A ponieważ wchodząc do Świątyni Pańskiej westchnął głaszcząc kędzierzawą głowę chłopca i pomyślał wtedy o smutnej bezpłodności swojej żony, więc Pan przyjął jego westchnienie za modlitwę, albowiem wszystko jest w Jego mocy, a każdy krok człowieka odmierzony jest Jego wolą. I to Zecharia zrozumiał. Ale z powodu starości swojej i swojej żony nie mógł zrozumieć innej sprawy, i dlatego stał nieruchomo jak słup soli, i tylko głową wykonywał przeczące ruchy, które były zapewne refleksem wahadłowego ruchu kadzielnicy, a wtedy Głos, który poznał niedowiarstwo i słabość starca, obwieścił mu, że Pan za owo zwątpienie ukarze go niemotą do czasu, aż się wypełni Jego wola.
Dym kadzidlany rozpłynął się w powietrzu.
Zecharia, który był z natury rozważny i trzeźwy i jak każdy syn Izraela wierzył przede wszystkim w to, czego nie widział — wierzył przecież w Niewidzialnego — ujrzawszy przed sobą młodego lewitę, usługującego mu podczas obrządku kadzenia, już był skłonny przypuścić, że ów sługa świątynny i postać z falującego dymu były jedną i tą samą postacią, gdyby nie pewien drobny, ale bardzo niepokojący szczegół, potwierdzający w pełni prawdę tego, co słyszał i widział. Otóż bowiem, gdy wyszedłszy na dziedziniec świątynny, gdzie zgromadzone tłumy czekały na jego błogosławieństwo, chciał zaśpiewać hymn na chwałę Pana i Jego zastępów, zamiast słów wydobył się z jego ust niezrozumiały bełkot. Wyrzucił przed siebie ręce i za pomocą ich gwałtownych
ruchów chciał przekazać ludowi swoją radość, szczęście i błogosławieństwo, ale ponieważ były to gesty nieczytelne, zagmatwane i ciemne, lud nie rozumiał ich sensu i tylko się domyślił, że Zecharia, kapłan ze zmiany Abijama, miał widzenie w Świątyni Pańskiej.
A starzec, padłszy na ziemię, zapłakał.