Powieść

W tej sekcji przedstawiamy nasze angielskie tłumaczenie powieści „Jezus z Nazaretu”. Jest to pierwsze tego rodzaju tłumaczenie tej wyjątkowej powieści.

Poranek Josefa cieśli

Cieśla Josef ben Jaakow, obudziwszy się wczesnym rankiem, z trudem wstał z trzcinowej maty, przeciągnął się i potykając się o narzędzia ciesielskie rozrzucone po ziemi wyszedł przed dom — odziedziczył go po zmarłych rodzicach, starsza od niego o kilka lat siostra mieszkała z mężem na drugim końcu miasteczka — gdyż pragnął nie tylko pozbyć się resztek sennego bezwładu, którym wypełnione było jego ciało, lecz także nasycić oczy widokiem wiosennego krajobrazu, stanowiącego żywe przeciwieństwo smutnego i szarego wnętrza jego lepianki, stojącej na samotnym wzgórzu. Roztaczał się stąd widok na góry Naftali, Tabor i Gilboa,
dolinę Jezreel, wylotem swoim opadającą ku morzu, na Seforis, rojne pogańskie miasto, niechętnie odwiedzane przez Galilejczyków, na gaje oliwne i figowe, otaczające pierścieniem maleńkie Nazareth, położone w dole amfiteatralnie na kilku wzgórzach i stanowiące wraz z krajobrazem jedną barwną pastelową całość. Domy i lepianki, a nawet duma miasteczka, synagoga, zlewały się tak niepodzielnie ze wzgórzami i polami, że z pewnego oddalenia trudno było odróżnić domy od wzgórz, a synagogę od łanu złotego jęczmienia. Był to krajobraz cichy, spokojny, nieomal nieruchomy w swoim patriarchalnym dostojeństwie, i tylko gromada białych owiec i jagniąt, zbiegających beztrosko ku dolinie, i widoczna na zachodzie, u stoków Karmelu, migocąca w słońcu wąska smuga morza działały ożywiająco na poważne i skupione lico tej ziemi. Ale Josef nie wychodził rano przed swoją lepiankę jedynie dla samej piękności krajobrazu. Widok był wprawdzie godny zachwytu, niezależnie jednak od swojego uroku posiadał przede wszystkim jedną wartość, bezcenną dla cieśli, a mianowicie był godną oprawą małego domku wykutego w skale, tam, na samym dnie doliny —
właśnie wzrok utkwił w tym miejscu — gdzie mieszkała z rodzicami jego mała Miriam, której piękność porównywał często do owych winnic, cyprysów i oliwek, chociaż wiedział w głębi serca — i to jest ów niezbadany paradoks wszystkich porównań — że jego Miriam jest piękniejsza od najpiękniejszych winnic, cyprysów i gajów oliwnych.

Josef wszedł do wnętrza lepianki i po chwili powrócił z chustą modlitewną i tefilin, które w skupieniu ucałował, chustę narzucił na głowę, zakasał rękaw na lewej ręce i chwaląc Pana, zwrócony twarzą na południe, ku Jerozolimie, królującej stąd daleko za ciemnymi górami Samarii, powoli owijał dłoń i nagie ramię czarnymi rzemykami, umieściwszy uprzednio na czole skórzaną puszeczkę, zawierającą święte wersety Pięcioksięgu, spisane na pergaminie; modląc się, umocował ją na czole za pomocą rzemyków, które jak pęd winnej latorośli wiły się dookoła jego palców, ramienia i głowy i rozprowadzały po całym ciele życiodajny sok Słowa Bożego. Gdy poczuł w żyłach ciepło wzbierającej w nim modlitwy, naciągnął na oczy błękitno-białą chustę i lekko kiwając się w biodrach, błogosławił Pana i Jego aniołów, ludzi, zwierzęta i rośliny, ziemię Izraela i Jerozolimę, Świątynię i Bethlehem, miasto Dawidowe i kolebkę swoją, i Nazareth, miasto małej Miriam. Po czym wyprostował się i upewniwszy się, że jego głowa jest szczelnie nakryta chustą. Wciągnął głęboki oddech w płuca i zaintonował Szema Israel, Adonaj Elohenu, Adonaj Echad, wyznanie, które wprawdzie brzmiało w jego ustach jak szum palm i jak tryumfalna fanfara trąb, ale równocześnie było pokornym łkaniem i błagalną prośbą, i dzięki temu właśnie połączeniu tryumfu z pokorą i błaganiem brzmiało tak bardzo prawdziwie i wzruszająco. Znowu odszukał wzrokiem wykuty w skale dom małej Miriam i głęboko się wzruszył, albowiem pomyślał, że już wkrótce wśród weselnych śpiewów wprowadzi ją do swojego domu, a Niewidzialny — błogosławione niech będzie Jego Imię — poruszy łono jego żony, z której przyjdzie na świat jego syn, a syn ten powoła do życia swoich synów, a ci znowu spłodzą synów swoich, i tak jak on dzisiaj, tak jego syn i synowie jego syna, i synowie ich synów po najdalsze pokolenia żyć będą na tym wzgórzu i w porannej ciszy
błogosławić będą Pana Cebaoth.

I Josef ben Jaakow, dając upust swej wyobraźni, w wielkiej radości i uniesieniu ducha zastanawiał się, jakie imię nada swojemu pierworodnemu, albowiem wiedział, że imię jest niepodzielną częścią człowieka i kształtuje według swojego znaczenia jego życie i los, ale niestety, mimo pobożnego zapału nie umiał wymyślić imienia wyrażającego doskonałą pełnię tych zalet, którymi powinien błyszczeć jego syn.

Wrócił do lepianki, zdjął tefilin i chustę, i ucałowawszy je, schował do skrzyni.

Włożył na nogi sandały i pędem zbiegł ze wzgórza.