Powieść
W tej sekcji przedstawiamy nasze angielskie tłumaczenie powieści „Jezus z Nazaretu”. Jest to pierwsze tego rodzaju tłumaczenie tej wyjątkowej powieści.
Radość starca
Była księżycowa noc, gdy niemy wracał z Jerozolimy do Ejn Karem. Zstępując w wąwóz między sady oliwne i terebintowe lasy, rosnące na jego zboczach, obejrzał się za siebie — miał zwyczaj, ilekroć opuszczał Jerozolimę, przystawać w tym miejscu i ogarniać panoramę miasta skupionym i błogosławiącym spojrzeniem — i ujrzał w górze, w świetle miesiąca, spiętrzone domy Syjonu i Akry, a nad nimi złotopłowy masyw Świątyni, którą dotychczas zawsze żegnał z żalem, tym razem jednak z zawstydzającą ulgą i z większym niż zazwyczaj pośpiechem. Ale im bliżej był domu, tym większe było jego podniecenie i dlatego ku wielkiemu niezadowoleniu mądrej Midbar, śpieszącej się do smacznego obroku i zasłużonego spoczynku, raz po raz ściągał jej uzdę i przymuszał ją do stawiania powolnych kroków, co wprawdzie pod pewnym względem odpowiadało refleksyjnemu charakterowi oślicy, ale teraz sprzeczne było z wymaganiami jej pustego żołądka. Siedział wygodnie w czerwonym siodle i jadąc krok za krokiem rozważał, jak ma opowiedzieć żonie — był przecież niemy — swoje widzenie, które by może nawet przezornie przed nią zataił, gdyby nie dojmująca świadomość, że ono w równej mierze, a może i przede wszystkim, i jej dotyczyło. Gdy wreszcie oślica zaczęła piąć się pod górę po ciemnym zboczu wąwozu — znał świetnie tę drogę, albowiem przemierzał ją niezliczoną ilość razy — przed jego oczami roztoczył się widok na leżący na tarasach Ejn Karem, wprawdzie jeszcze odległy, ale wyraźny, i wtedy Zecharia poczuł się tak, jakby przed czymś uciekał, więc bronił się przed tym uczuciem, gdyż w żadnym wypadku swojego wyjazdu z Jerozolimy — wyjechał wprzepisanym czasie, po wykonaniu wszystkich obowiązków kapłańskich — nie uważał za ucieczkę. Niewątpliwie wracał do domu z wielką, szczęśliwą i dobrą nowiną. Jeżeli był niespokojny, to chyba tylko z powodu przepowiedzianej przyszłości dziecka, gdyż wiedział, że czeka je los wprawdzie błogosławiony, lecz ciężki, jak każdego człowieka, na którym spoczęło oko Elohim.
Zecharia starał się, najściślej jak mógł, odtworzyć to wszystko, co widział i słyszał w Przybytku. Nigdy dotychczas nie widział anioła. Trudno byłoby mu opisać owego męża, który ukształtował się na jego oczach z kadzidlanego dymu. To nie była postać ludzka, chociaż miała wszelkie cechy ludzkiej postaci. Zresztą trudno mówić o kształcie, gdyż nawet słowa, które wypowiedział tajemniczy posłaniec, nie były właściwie słowami, lecz czystymi pojęciami, działającymi bez pośrednictwa jakichkolwiek dźwięków, a jeżeli nazywał je Głosem, to tylko dlatego, że nie znał innego słowa na określenie zjawiska, za pomocą którego Elohim przekazał mu radosną wieść. Zecharia wiedział, że owego anioła, jak i to wszystko, co mu on opowiedział, należy dopiero na język ludzki przetłumaczyć, a nie było to łatwe ani proste, zwłaszcza dla niemego, który wprawdzie, jako człowiek Wschodu, umiał wyrazić gestami stany swojej duszy, ale mimo to nie umiałby opowiedzieć dziejów owej chwili przed Ołtarzem Kadzielnym nawet za pomocą bogatej ilości gestów i najbardziej wyrazistej mimiki twarzy. Zatem pogodził się z myślą, że Eliszeba do czasu nic nie dowie się o jego rozmowie z Głosem, ale na myśl, że biedna kobieta rozpaczać będzie z powodu jego kalectwa, wielce się zasmucił i dlatego miał nieco żalu do Głosu, że uciekł się do tak złożonego działania, zamiast po prostu zobowiązać go solenną przysięgą do zachowania tajemnicy o zdarzeniu w Przybytku. Do wyraźnego oświadczenia Głosu, który mu zapowiedział, że jego niemota będzie karą za dobrotliwe niedowiarstwo, nie przykładał wielkiego znaczenia, gdyż całe to działanie uważał tylko za święty pretekst, którym posłużył się Elohim. Wprawdzie błogosławioną zapowiedź przyjął z odrobiną niepewności i zrozumiałego w jego wieku zakłopotania — niezbyt szczęśliwy był tylko ów przeczący ruch głową, przypominający wahadłowy ruch kadzielnicy — ale w jego niepewności i zakłopotaniu nie było ani nieposłuszeństwa, ani sprzeciwu. Ponieważ jednak nie był pewien, czy naprawdę ani przez chwilę nie wątpił o tym, co słyszał, począł modlić się do El Szaddaja i błagać Go o odpuszczenie grzechu niedowiarstwa, i patrząc swoimi starczymi, ale jasnymi oczami w szarzejące na wschodzie niebo, przyznawał się przed uśmiechnięto-surowym obliczem Pana do chęci zbyt łatwego usprawiedliwienia się z niewdzięcznych uczuć, którymi przywitał w Przybytku Jego mówiący Głos.
Słońce już wschodziło, gdy Zecharia kołysząc się na mądrej oślicy Midbar przybył do domu i wyciągnął bezradne ręce do stojącej w progu Eliszeby. Minęła dłuższa chwila, zanim niewiasta zmiarkowała, że Zecharia zaniemówił.
Spojrzała na męża z przerażeniem.
Wiedziona przeczuciem — jak przez mgłę słyszała głos swojego zmarłego ojca, również kapłana, który zwykł mawiać, że wielkie są sprawy biorące swój początek z milczenia — poczęła szybko kojarzyć nagłe kalectwo męża ze swoim własnym stanem, o którym jeszcze nie zdążyła mu powiedzieć, albowiem podczas jego nieobecności stwierdziła ku swojemu radosnemu zdumieniu, że jest w stanie błogosławionym.
Wstrząśnięta tym odkryciem, nie mogła doczekać się powrotu męża, podczas pracy naczynia wypadały jej z rąk, bez celu snuła się po domu z kąta w kąt i modliła się żarliwie, i dziękowała Elohim za to, że podniósł nad nią swój róg i okazał jej łaskę, i uczynił cud w jej łonie. Ale mijając sąsiadki, nie podnosiła głowy; była tak samo cicha i skromna i tak samo zawstydzona jak przedtem, tylko teraz już nie gorzkim zawstydzeniem bezpłodności, ale słodkim zawstydzeniem brzemienia.
Patrząc na Zecharię, postanowiła być ostrożna w swoich przeczuciach i skojarzeniach i z zimną rozwagą wsłuchiwała się w swój głos wewnętrzny, starając się przezornie wybadać jego źródło. Gdyby bowiem istniał rzeczywiście jakiś związek pomiędzy milczeniem Zecharii a głosem jej łona, dziecko, które miało się narodzić, byłoby przeznaczone do wyższych celów, o czym jednak Eliszeba w pokorze swojej bała się myśleć. Nie chcąc
zgrzeszyć pychą, raczej była skłonna przyznać, że ją myli przeczucie, niż upatrywać Bożego znaku w nagłej niemocie męża. Rozważając wszystkie te sprawy, wątpliwości, przypuszczenia, zagadkowość, niepewność i lęki, po krótkim namyśle doszła do przeświadczenia, że dobrze się stało, tak jak się stało, a miała na myśli tajemnicze i niespodziewane kalectwo męża, gdyż biedny Zecharia nie zawsze umiał milczeć i, jak przystało na dobrego
człowieka, lubił się dzielić z sąsiadami każdą radosną nowiną, ale teraz dzięki swojemu kalectwu uleczony jest ze swojej dobrotliwej wielomówności i zachowa w tajemnicy to, co z jej ust usłyszy. Eliszeba stojąc naprzeciw męża objęła tkliwym spojrzeniem jego starą, pomarszczoną twarz i była rada, że oniemiał, podczas gdy Zecharia, z równą tkliwością patrząc na zmęczoną twarz swej starzejącej się żony, biadał w głębi ducha, że nie może wszystkiegojej opowiedzieć, i tak przez dłuższą chwilę stali naprzeciw siebie, i radowali się tą samą myślą, i miłująco kryli ją w sobie, aż wreszcie Eliszeba nachyliła się nad mężem i ufnie wyszeptała do jego ucha kilka słów. Zecharia do głębi poruszony uległ nagłemu zachwyceniu, odchylił głowę i wspomniawszy w myślach króla Dawida, który tańczył przed Arką Przymierza na ulicach Jeruszalajim Hakodesz i skakał, i klaskał w dłonie w obecności Elohim, począł również tańczyć i skakać, i klaskać dokoła osłupiałej Eliszeby, zdawało mu się, w mglistym i odległym wyobrażeniu, że owoc, który jego stara żona dźwiga w swoim łonie, jest głosem zagubionej Arki Bożej. I nie mogąc głośno śpiewać, ponieważ usta jego były nieme, śpiewał milcząco psalm: „Nie nam, Panie, nie nam, ale Imieniu swojemu daj chwałę”, a Eliszeba poznała po ruchu warg, że tanecznym ruchom jego ciała towarzyszą słowa wielbiące EI Szaddaja, Boga Wszechmocnego.